Czasami skrycie za nimi tęsknię… Nabożeństwa majowe w mojej wsi, w dzieciństwie. Wstążki i bzy przy kapliczce, chmury komarów jak głode duchy – niech też się posilą. Kobiety, które pamiętały przejścia wielkich wojen, hojnie rozdających wielkie rany, ich dzielne córki, synowe i my. Żadnych mężczyzn, chyba że najmłodsi chłopcy. Spory, która wersja pieśni prawdziwsza – od której pramatki? z której praksiążeczki do nabożeństwa?

Szturchanie, gdy dzieci się wiercą. Zdarte głosy, a to z brzucha, a to z płuc, a to z gardła, a to z podziemia. Wracanie razem do domu asfaltową drogą wśród sosnowych lasów. Czerwony zachód słońca i te wszystkie półwspomnienia-półbaśnie, powidoki: o wodnikach nad rzeką, czarnym baranie przy najstarszej wierzbie, duchu białego konia na pasterniku. Momenty, kiedy zasłona między światami na chwilę robi się cieńsza.

Tymczasem, żeby zabrać z tego coś dalej, po cichu, na uboczu, przesłonięta lasem, podmieniam święte obrazki.

Kalina Giełcz


Zdjęcia: P.M.; Wsparcie: M.M., M. R.